06.14
Dnia 6 VI 2010 roku w Warszawie, w Kampusie Wojskowej Akademii Technicznej odbył się festiwal, który zapadnie w pamięć niejednemu fanowi muzyki metalowej. Mowa tu bowiem o Military Camp Festiwal.
Wieść o festiwalu i jego głównych gwiazdach, czyli zespołach Sabaton, Blaze Bayley i U.D.O., rozniosła się jeszcze w lutym. Przyznam szczerze, że bez wahania zakupiłam bilet – mimo, że decyzja ta została podjęta bez zastanowienia, niczego nie żałuję. Relację tę piszę głównie ze względu na koncert byłego wokalisty Iron Maiden, dla którego występu w ogóle udałam się na ten festiwal, jednakże byłoby nie w porządku, gdybym nie uhonorowała tu innych bardziej i mniej znanych i lubianych kapel.
Wejście na teren festiwalu umożliwiono uczestnikom już od godziny 12:00 (tak przynajmniej było w planie – jak było w rzeczywistości, wiele nie wiem, bo siedziałam sobie w pobliskim parku). Impreza zaczynała się od występu zespołu Neuronia, jednak nawet nie widziałam ich na scenie, do mych uszu dobiegały jedynie jakieś marne dźwięki. Może niektórym się podobało – dla mnie Neuronia nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Następnym w kolejności zespołem był Silver Samurai. Mimo, że nie jest to typowy ani metalowy zespół, lubię ich styl, ponieważ są ciekawym „ewenementem” i mają lekkie, pozytywne teksty. Szczerze mówiąc, z chęcią po raz kolejny zobaczyłabym ich na żywo, bo ich muzyka aż unosi mnie do tańca i śpiewu. Niestety na Military Camp chyba nikt oprócz mnie nie lubił Samurajów i nie było nawet sposobności do zabawy… Około godziny 14:00 na scenę wyszła kapela o nazwie Pathology, z Tomkiem Struszczykiem z Turbo w roli wokalisty. Podobnie jak Neuronia, ten zespół również nie miał dla mnie ciekawej oferty, a Tomek powinien porzucić śpiewanie w tej kapeli i w pełni poświęcić się Turbo, gdzie zresztą daje godne uznania popisy – fakt, nie dorówna Grzegorzowi Kupczykowi, ale to nie znaczy, że jest złym wokalistą! Widząc listę zespołów i rozpiskę na ten festiwal przygotowywałam się na to, że po Silver Samurai aż do występu Grailknights będzie bardzo nudno. Jednak myliłam się, bo występ zespołu Horrorscope był dla mnie miłym zaskoczeniem. Jakoś specjalnie ich nie pokochałam, jednak zagrali na poziomie i nie zanudzili mnie – a to niemalże cud, bo jestem bardzo krytycznie nastawiona na wszystko, co mnie otacza. Jednak po „fenomenie” Horrorscope znów przyszedł okres nudy - Born Again.
W moim odczuciu kolejny zespół zasługuje na oddzielny akapit – a jest nim niemiecki Grailknights. Co trzeba przyznać tym chłopakom to z pewnością fakt, że mają na siebie pomysł i są niezwykle oryginalnym zespołem. Owszem, wśród wielu ludzi ich wygląd sceniczny wywołuje śmiech czy drwiny, ale czy tak naprawdę owi ludzie nie zazdroszczą im ich niezwykłości i niekwestionowanej pomysłowości? Sir Optimus Prime (zielony), Mac Death (czerwony), Lord Lightbringer (niebieski) oraz Baron van der Blast (żółty) zaprezentowali się wspaniale, opowiadając nam o Świętym Graalu i podobnych. Miłym akcentem było odczytanie fragmentu historii w naszym ojczystym języku, co zresztą zostało zarejestrowane na jednym z filmików i każdym może wrócić do tego pamięcią, wchodząc na stronę serwisu You Tube. Ten zespół potrafi rozruszać publikę – szkoda tylko, że mieli niewiele czasu, bo niecałą godzinę. Jednak zespół nie występował sam – co jakiś czas niezłą atrakcję dla widzów stwarzały ich maskotki – Beer Beauty, Urks, Morph the Swarf czy największy wróg naszych superbohaterów – Dr Skull. Oby wrócili do Polski jeszcze niejeden raz – a jest to bardzo prawdopodobne, bo przecież „Grailknights kocha Polska!”.
W końcu nadszedł czas na występ najbardziej oczekiwanej przeze mnie kapeli. Po superbohaterach walczących ze złem za pomocą muzyki metalowej, na scenę wszedł (a właściwie wbiegł) były wokalista Iron Maiden - Blaze Bayley wraz ze swoim fantastycznym zespołem. Blaze ruszył „z grubej rury”, rozpoczynając swój wspaniały koncert kawałkiem Madness and Sorrow. Przyznam szczerze, że to dla mnie obok utworów Faceless i City of Bones jedna z najlepszych piosenek na albumie „Promise and Terror”. W trakcie kolejnego utworu, którym był Vioces From The Past, Blaze ku mojemu (i pewnie nie tylko mojemu) zaskoczeniu wykonał skok na pudło stojące przed barierkami i ściskając ręce swoich fanów oraz patrząc im z bliska w oczy, wyśpiewywał razem z nimi tekst utworu. Jeszcze nigdy nie widziałam artysty, który grając na festiwalu zeskakiwałby ze sceny po to, aby być bliżej swoich fanów. Niesamowite. Następnie Blaze mistrzowsko wykonał kawałki City of Bones i Blackmailer, które wyśpiewałam – ba, wywrzeszczałam – ile sił w płucach. Kolej przyszła na Faceless i Blood and Belief – idealnie wykonane, do tego nigdy nie zapomnę wyrazu oczu ex-wokalisty Iron Maiden, kiedy to spotkaliśmy się wzrokiem – tego nie da rady opisać słowami, nikt inny tak jak on nie kocha i nie oddaje się w pełni temu, co robi. Czas przyszedł na wspomnienia z lat ’90-tych i „ery Iron Maiden”. Szału, jaki wzbudził w ludziach kawałek Futureal, nie można opisać słowami, jakimi operuje człowiek. Genialne wykonanie, niezwykła charyzma płynąca ze sceny. Zawsze marzyłam o tym, żeby usłyszeć na żywo kawałki Iron Maiden z płyt nagranych z Blazem – oto moje marzenie się spełniło. Szczerze mówiąc, nigdy nie przepadałam za końcówką albumu „Promise and Terror”, jednak kiedy po krótkim wstępie w moich uszach rozbrzmiał utwór Letting Go Of The World, moje podejście do niego zupełnie się zmieniło, a w oczach zakręciły łzy. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że dla artysty ważne jest to, o czym tworzy, ważni są ludzie, dla których to robi. Z tej sceny płynęły niepowtarzalne emocje, lecz przede wszystkim szczerość. Wtedy, w tym momencie w stu procentach przekonałam się, że Blaze Bayley wszystko, co robi, robi prosto z serca. Blaze znów zabrał nas w podróż do lat ’90-tych, lecz tym razem na dłużej. Najpierw pozwolił nam śpiewać i nucić jeden z najwspanialszych kawałków Iron Maiden, The Clansman, aby potem zaskoczyć nas szybkim i energicznym Man On The Edge. Być może dla niektórych aż trzy utwory nagrane z Iron Maiden na trzynaście ogółem wykonanych na koncercie to przesada, jednak ja się temu nie dziwię ani nie jestem zgorszona – te kawałki są świetne, a Blaze widocznie chciał przypomnieć tym, którzy nie znają jego twórczości, że zasłużył się w legendarnej kapeli, jaką jest Iron Maiden. Blaze już do końca swojego występu nie dał nam odpocząć i zagrał trzy szybkie, piekielnie dobre piosenki - The Man Who Would Not Die, Kill And Destroy oraz Robot. Na The Man Who Would Not Die i Robota czekałam z wytęsknieniem, bo wiedziałam, że te kawałki z pewnością znajdą się w tej setliście, ale Kill And Destroy było dla mnie wspaniałym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się usłyszeć tego utworu właśnie na tym koncercie, chociaż było to moim małym, skrytym marzeniem, jednak widocznie tego dnia spełniały się wszystkie moje marzenia. Nie mogę nie wspomnieć o basiście Davidzie Bermudezie, który również okazał się niezwykle sympatycznym gościem, z chęcią nawiązującym kontakt wzrokowy z publicznością i uśmiechającym się do wszystkich od ucha do ucha. Podsumowując występ artystyczny Blaze’a, z czystym sercem mogę powiedzieć, że był wspaniały (chociaż jest to zdecydowanie zbyt łagodne określenie, jednakże jestem osobą, która nie wysławia się wulgarnie).
Kolejnym zespołem, jaki zaszczycił nas swoją obecnością tego dnia w Warszawie, była niemiecka formacja U.D.O. Nie słuchałam wiele tego zespołu, zresztą nie grają w moim klimacie. Podczas ich występu miałam czas posilić się i zregenerować siły w oczekiwaniu na występ Szwedów z Sabaton. Mówiąc szczerze, na tym występie również się nudziłam. Wokalista nie utrzymywał kontaktu z publiką, jego współczynnik charyzmy dorównywał zeru. Może i nie było tak do końca, ale ja miałam nieodparte wrażenie, że grają aby tylko „odbębnić” ten koncert, nie dla fanów (których zresztą nie było wielu…).
Przyszedł czas na oczekiwaną gwiazdę wieczoru, czyli szwedzką kapelę Sabaton. To, co dało się zauważyć to fakt, że wiele osób przyszło po prostu popatrzeć na Szwedów, którzy grają 40:1 i Uprising. Generalizuję, ale w większości przypadków właśnie tak było – czy widok gościa w koszulce Sabaton, który na ich koncercie stoi sobie z założonymi rękoma nie jest… komiczny? Nie, raczej przerażający. Przerażające jest też to, że praktycznie nikt nie miał polskiej flagi. Rozczarowałam się tym, ale nie tylko. Rozczarował mnie sam występ Sabaton. Setlista mi się nie podobała, zresztą mam wrażenie, że Sabaton jest coraz bardziej „sprzedajnym” zespołem i treść tak bardzo się dla nich nie liczy, ważniejsza jest popularność, jaką zdobyli z pomocą polskich mediów. Z jednej strony to dobrze, że ktoś upamiętnia naszą i nie tylko naszą historię, jednak trzeba robić to z klasą. Byłam już wcześniej na dwóch ich koncertach i bez wahania mogę powiedzieć, że ten występ był denny, zupełnie jakby to nie Sabaton występował na tej scenie. Niestety, chłopaki gdzieś po drodze stracili „to coś” – oby nie na zawsze.
Ogólnie rzecz biorąc, festiwal nie był taki zły. Jednak organizator popełnił błąd przy ustalaniu kolejności występów – to Blaze Bayley powinien grać pierwsze skrzypce, chociażby ze względu na to, że włożył coś od siebie w kształtowanie jednego z najbardziej znanych i cenionych zespołów heavy metalowych, jakim jest Iron Maiden. Jednak jak powiedział sam Blaze, on nie jest żadną gwiazdą rocka, tylko muzykiem – za to należy mu się podziw i szacunek. Nie zadziera nosa, nie wywyższa się, chociaż mógłby. Jest serdecznym i szczerym człowiekiem, nie zwraca uwagi na płeć, wiek, narodowość i tak dalej, dla niego każdy fan jest niezwykle ważny. Wiem o tym, bo sama miałam okazję zakręcić się wokół niego, poprosić o zdjęcie, autograf. Osoby, z którymi podzieliłam się moimi odczuciami co do osoby Blaze’a Bayley’a i jego podejścia do ludzi często odpowiadały, że robi tak dlatego, żeby wkupić się w łaski ludzi. Jednak oni nie mieli okazji przebywać w jego towarzystwie, więc te słowa można im wybaczyć – w końcu każdy z nas kiedyś pozostawał w stanie niewiedzy. Wspanialszego artysty i człowieka nie poznałam do tej pory i myślę, że jeszcze długo nikogo takiego na swej drodze nie spotkam. Pomimo kulejącego nagłośnienia i wszystkich innych nieudogodnień związanych z podróżą jestem pewna, że warto było pojechać na ten festiwal – chociażby po to, aby zobaczyć na żywo kilku wspaniałych i oryginalnych wykonawców.
-> Fotogaleria
- Neuronia
- Silver Samurai
- Pathology
- Horroscope
- Born Again
- Grailknights (Dr Skull)
- Grailknights
- Grailknights (Morph the Swarf)
- Blaze Bayley
- Blaze i David
- Blaze skacze
- Blaze (Nico i David)
- Blaze i fani
- Solóweczka Jaya
- Blaze z zespołem
- Muzycy U.D.O.
- U.D.O. we własnej osobie
- Sabaton (Oskar)
- Sabaton (Daniel)
- Sabaton (Joakim)
Autor relacji: MT
Zdjęcia dzięki uprzejmości autra: www.rockmetal.pl




















Nie do końca było tak, jak piszesz. :-D Z kolegami bardzo dobrze bawiliśmy się na koncercie Samurajów, a po koncercie postrzelaliśmy sobie z nimi zdjęcia. :-) Świetna grupa, świetni goście, świetny występ. Z tego, co dowiedziałem się od Blackiego, na jesieni (prawdopodobnie w październiku) ma zostać wypuszczone oficjalne sklepowe wydanie albumu „Back to the 80s” (nakład sprzedawany przez ich stronę wyczerpał się już). :-)
Co do Blaze’a, zdecydowanie występ wieczoru. Do tego człowieka nie trzeba nic dodawać, jego muzyka broni się sama. Zresztą, najlepszym tego potwierdzeniem jest fakt, że albumy sprzedawane są tylko poprzez jego stronę internetową i na koncertach, a jednak grupa jest w stanie utrzymać się i jeździć po całym świecie. Fantastyczni ludzie.
Co do U.D.O., nie będę Cię przekonywać, co to za zespół. Mam nadzieję, że kiedyś go docenisz i fakt (historyczny, a jakże!), że to TEN FACET jest, niebezpodstawnie zresztą, uważany za ojca chrzestnego heavy metalu, który obecnie wraca do łask. ;-) Koncert może nie był fenomenalny…ale weź poprawkę na to, że 90% społeczności to byli ludzie, którzy poza „40:1″ i „Uprising” nie słuchają nic, co jest związane z metalem…a przynajmniej takie sprawiali wrażenie. Dla kogo ci goście mieli grać? Udo ma ponad 58 lat. Może gdyby ludzie wykazali większą inicjatywę i zaskoczyli starszego pana… W końcu w lutym, w Progresji koncert był pełen emocji, mocy i niezwykłej charyzmy wokalisty.
Koncert Sabatonu spędziłem pod parasolami. Cóż, bałem się o moje bębenki, bo dźwiękowiec tego koncertu, nie boję się tego stwierdzenia, to tępy kretyn, który nie ma pojęcia co to znaczy ‘wyczucie’ i ‘słuch muzyczny’.
Pozdrowienia ;-)
Cześć Jay,
Myślę, że autorka tekstu opisała swoje subiektywne zdanie na temat festiwalu. Mnie również podobał się występ Silver Samurai, U.D.O. niestety już nie bardzo a Sabaton… no cóż, jak może podobać się ktoś, kogo każda piosenka jest niemalże identyczna, a wokalista ma nijakie możliwości.
Witaj Jay,
Już na wstępie wspomnę, że to ja jestem autorką tej relacji. Akurat relacja z koncertu czy recenzja jest takim sposobem wypowiedzi, gdzie autor wspomina o swoich uczuciach, nie może zostać to wyprane z emocji i części oceniającej autora, bo byłby to plan imprezy. Może co do U.D.O. masz rację, może docenię ich po czasie – jednak właśnie dla Blaze’a tam pojechałam, U.D.O. było dla mnie atrakcją „zobaczyć przy okazji”. Nie grają źle, jednak po furorze, jaką wprowadził Blaze, wypadli blado. Nie przeczę, że na koncertach klubowych prezentują się o wiele lepiej (zresztą Blaze też, każdy inny zespół prezentuje się lepiej), bo wtedy ludzie przychodzą dla nich. Jednak teraz „odbębniali” ten koncert, bo zwyczajnie nie mieli dla kogo grać (nawet gdybym chciała się zabawić, po prostu nie miałam już siły).
BTW, dzięki za info odnośnie Samurajów. ;)
Również ślę pozdrowienia. ;)
Muszę się nie zgodzić z jedną rzeczą – albumy Blaze Bayley są dostępne w sklepach (np. Empik) a nie tylko w internecie i na ich koncertach. Choć w niewielkiej ilości.
Swoją drogą nie mogę się doczekać ponownego wydania Tenth Dimension i Silicon Messiah.
I dodam, że nie lubię Silver Samurai – co prawda nie widziałem ich na Military Camp, ale widziałem ich pod moim domem i wszystko w tym zespole byłoby ok, gdyby nie ten wokalista…
Dragon, zazdroszczę Ci takich sklepów, gdzie możesz dostać płytę Blaze, bo ja osobiście jeszcze nie miałam przyjemności zobaczyć na żadnej polskiej sklepowej półce jego albumu. Chociaż i tak za takim CD trzeba się sporo nabiegać, mieć szczęście lub po prostu mieszkać w odpowiednim miejscu, co nie jest dziwne, skoro zespół działa na własną rękę.
Co do Sabaton: koncert był faktycznie dużo słabszy niż w Malborku [tam był faktycznie ogień] Polska flaga była – nasza, PPB :) Mylisz się, treść się bardzo dla nich liczy i wierz mi, nie są za bardzo zadowoleni z całej tej pompy w Polsce wokół nich. Są nią zmęczeni. Popularność – fajnie, bo to jest celem każdego zespołu, trafić do jak najszerszej publiki która polubi muzykę jaką grasz i treści jakie ze sobą niesie. Tak jak napisałaś, było strasznie drętwo miejscami na koncercie wśród publiki i spora część przyszła ich po prostu zobaczyć, bo „o Polakach”…
Ach, jedna czy dwie polskie flagi, do tego umieszczone na balustradzie… Co najmniej kilka powinno powiewać wśród publiczności, która powinna być dumna z tego, jakiej jest narodowości. Widocznie tacy z nas patrioci.
Może i treść liczy się dla nich, może i męczy ich ta pompa w polskich mediach, jednak o ile dla mnie „The Art Of War” i ogólnie kawałek „40:1″ to płyta bardzo dobra i miłe zaskoczenie polskim akcentem, to już „Coat Of Arms” i piosenka „Uprising” jest… No cóż, dużo gorsza. „Uprising” jest dla mnie bardziej działaniem po to, aby utrzymać popularność w Polsce, niż żeby przekazać głębszą treść. Może mylę się, ale takie po prostu odnoszę wrażenie jako obserwator. Dla mnie Sabaton to już nie ten sam zespół, wraz z nową płytą zmienili się na gorsze, jak już napisałam – mam nadzieję, że to chwilowy „kryzys”.
Pozdrawiam ;)
Starsze płyty Blaze’a, owszem, można w Polsce dostać. Wszystkie od Mesjasza do TMWWND kupiłem w internetowym sklepie fan.pl. Nigdzie indziej ich dostać nie mogłem. Promise and Terror już kupowałem przez oficjalny sklep, bo 1. nawet ten kielecki sklep nie dałby rady go sprowadzić tak, bym w dniu premiery go dostał 2. fajnie jest dostać nowiutki album z podpisami wszystkich muzyków. ;-]
Co do Szwedów. Z nowego albumu podoba mi się tylko „Metal Ripper” (swoją drogą, fajne nawiązanie do „Rippera” JP tym początkowym riffem), ale kupiłem go na koncercie, bo cholernie ich szanuję, a poprzednie albumy mam tylko w wersji mp3 z rosyjskich trackerów. :P
Co do U.D.O.. Faktycznie, ich występ to ustalone z góry wydarzenia, zachowania itd. Facet występuje od 18 roku życia…czyli już 40 lat. Nie oczekujmy od niego, że będzie biegał po scenie i zabawiał publiczność jak Blaze. :-] Nie te lata, nie te zdrowie. :-) Nie mniej, lutowy koncert był po stokroć lepszy. Zbyt dużo kawałków zabrakło na MCF (Holy, Fast as a Shark, nieśmiertelne I’m a Rebel napisane przez George’a Younga jeszcze z czasów, gdy był w AC/DC czy Burning). Po Military mam duże wątpliwości, czy kiedykolwiek jeszcze pójdę na festiwal. Jednak koncert konkretnego zespołu z max. 2 supportami to zupełnie inna, lepsza bajka.
Jeszcze raz pozdrawiam. ;-)
Fuck, chodzi oczywiście o Alexandra Younga. :-P Ma pseudonim George Alexander i stąd ta pomyłka. :-)
Uprising zostało nagrane, bo tak chcieli fani, i uwaga: nie tylko z Polski! Na następnej płycie nie ma co się spodziewać kawałków o naszej historii. Co za dużo, to nie zdrowo :)
Jay, nie ma to jak szczerość. :D Ja też mam w posiadaniu najnowszy album Sabaton (Blaze’a też), również z powodu szacunku do chłopaków za ich wcześniejsze dokonania.
Virt, jeśli kolejna płyta Sabaton ma być bez kawałka o Polakach, możemy się spodziewać, że polskie media będą szumiały pod hasłem „Skandal! Sabaton nie nagrał piosenki o Polakach!”. Żartuję sobie, ale właśnie większości ludzi tylko z tym kojarzy się Sabaton – a szkoda, bo jednak mają trochę ciekawych kawałków, niekoniecznie na najnowszych albumach. Ale dla mnie to będzie ogromna ulga. ;) Jak napisałeś – „co za dużo, to niezdrowo”. ;)
Jakii bezsens, laska nie napisała ani pół zdania o BORN AGAIN, pewnie kolejna zazdrośnica hłe hłe hłe